Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'Oreal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L'Oreal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

Rossmannowa wyprzedaż kolorówki -49%

   Niedawno w Rossmannie skończyła się mega popularna akcja wyprzedażowa na kosmetyki kolorowe do make-up'u, które w czasie trwania promo są tańsze o 49%. Po raz kolejny akcja odbywała się w trzech etapach, najpierw przecenione były kosmetyki do makijażu ust i paznokci, następnie do oczu i na końcu do twarzy. Przyszedł czas podsumować zakupy.
























   Jak widać na załączonym obrazku, tym razem ograniczyłam się do kilku zaledwie produktów, które wiedziałam, że wykorzystam.
























   Do ust zakupiłam tylko planowany od dawna wariant Rouge Edition Velvet od Bourjois, a mianowicie 05 Ole Flamingo. Piękny, nasycony odcień fuksji "siedzi" na ustach niemal cały dzień. Lubię te matowe pomadki, 05 jest już czwartą w kolekcji.























   Potrzebowałam na gwałt kredki do brwi i z rozpędu wzięłam dwie - Brow Artist L'Oreala z grzebykiem oraz Brow Satin z Maybelline z cieniem wypełniającym. Ta L'Oreala jest nico twardawa. Dobrałam jeszcze dwa fenomenalne cienie L'Oreal Color Riche, z których jestem niesamowicie zadowolona, a konkretnie Smoky 306 Place Vendome oraz Lumiere 502 Quartz Fume.
























   Ostatni etap, czyli kosmetyki do makijażu twarzy, zakończył się zakupem trzech produktów: podkładu Bourjois Air Mat - z ciekawości, korektora L'Oreal Lumi Magique oraz pudru Rimmel Lasting Finish 25h, z którego jestem średnio zadowolona.

Jak wypadły Wasze zakupy w czasie tych wyprzedaży?


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Denko marzec 2015

   Ostatnio strasznie się zapuściłam w pisaniu, ale mam już dla Was przygotowany ciekawy post o lakierach pewnej marki, pełen kolorowych zdjęć. Tymczasem pora na spore, żeby nie powiedzieć wielkie jak na mnie denko marca. Cieszy mnie tyle zużyć, bo zapasy kosmetyków niemal wychodzą mi już z szafki i trzeba włączyć je w tryb ON.
























Higiena twarzy i ciała:
























1 -Original Source - żel pod prysznic Wild Berries. Ostanie edycje limitowane żeli OS rozczarowały, Wild Berries przerywa złą passę. Zapach w klimacie landrynek o smaku owoców leśnych przeniósł mnie wspomnieniami do dzieciństwa. Żel dobrze się pienił i nie wysuszał.
5/5

2 - Avon - Senses żel pod prysznic Spicy Moroccan Delights. Przeczytałam w katalogu "kadzidło i drewno tekowe", więc napaliłam się na niego jak szczerbaty na suchary. Zapach żelu okazał się słodki i mało wyszukany, ale przyjemny, pa próżno jednak doszukiwać się w nim wspomnianych aromatów. Żel lekko wysusza skórę.
3/5

3 - Avon - Solutions pianka do mycia twarzy. W tym przypadku Avon mile zaskoczył, pianka była wydajna, nie podrażniała skóry ani oczu i dobrze zmywała zanieczyszczenia. Chętnie do niej kiedyś wrócę.
5/5

4- Kamill - żel pod prysznic Mleczko Rabarbarowe. Fajny, świeży zapach, niezła wydajność, a do tego śmieszna cena. Polecam choćby przetestować.
4/5

5 - Bath & Body Works - mydło Winter Candy Apple. Mydło w żelu, zawierające peelingujące drobinki, kulejące niestety pod względem stosunku wydajności do ceny, nadrabiające ten uszczerbek obłędnym zapachem kandyzowanych jabłek.

6 - Yves Rocher - dwufazowy płyn do demakijażu oczu Pur Bleuet. Chwalony przez wiele blogerek płyn dla mnie okazał się niewypałem. Musiałam wielokrotnie pocierać oczy, aby domyć makijaż. Z pokorą wracam do Ziaji :)
2/5

7 - Avon - dezodorant w kulce Smooth & Gentle. Kulek używam wyłącznie na noc po prysznicu, dlatego nie napiszę, czy ta skutecznie chroni przed potem. Ważne, że nie podrażnia skóry, a rano budzę się z suchymi pachami. Zapach ledwie wyczuwalny i delikatny.
5/5

8 - Lirene - tonik Wybielanie. Tonik redukujący przebarwienia z kwasem migdałowym okazał się wyjątkowo łagodny, chyba aż za bardzo, bo nie zauważyłam efektu wyrównania kolorytu skóry i wróciłam do kremu Pharmaceris z kwasem. Preparat mnie nie uczulił i nie podrażnił, ma przyjemny cytrusowy zapach.
3/5

Włosy:

9 - Garnier - Ultimate Blends odżywka z olejem kokosowym i masłem kakaowym. Nic specjalnego, nie zauważyłam po niej spektakularnego wygładzenia moich cienkich włosów, dalej się one elektryzują jak szalone. Mimo "ciężkiego" składu odżywka nie obciąża włosów.
3,5/5

10 - Batiste - suchy szampon Wild. Mój nr 1 wśród wariantów zapachowych Batiste. Słodkawy i z pazurem, działanie rewelacyjne, choć nieco bielił włosy jak to szampony tej marki mają w zwyczaju. Lepszy niż wiśniowy, kwiatowy czy orientalny.
5/5

11 - Sylveco - Odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany. Mój wielki hicior i jedno z największych odkryć z ShinyBox. Pełna recenzja TUTAJ .
5/5

Pielęgnacja:


























12 -Yves Rocher - balsam do ciała Poire Caramel. Kosmetyk pochodził z zimowej edycji limitowanej, cudownie pachniał karmelizowana gruszką, ekspresowo się wchłaniał i nawilżał w miarę przyzwoicie, choć mocarnego nawilżacza należy szukać gdzieś indziej.
4,5/5

13 - Avon - krem do stóp z orzechem macadamia. Jeden z lepszych kremów do stóp jakie miałam, gęsty w porównaniu z większością avonowych stoponawilżaczy, o obłędnych zapachu pieczonego orzecha. Szybko się wchłaniał nie pozostawiając tłustego filmu, więc od razu po użyciu można było wskakiwać w kapciuchy, a skóra po jego użyciu była miękka i wygładzona.
4,5/5

14 - Yves Rocher - mleczko do ciała Expert Reparation. Dość tłuste mleczko z masłem shea, którego ja używałam jako kremu do rąk. Kosmetyk świetnie wygładzał skórę, ale długo się w nią wchłaniał.
3,5/5

15 - Avene - Clean-Ac. Krem nawilżający i regenerujący do cer z problemami. Z początku się nie polubiliśmy, krem spowodował wysyp podskórnych grudek i musiałam go odstawić. Po jakimś czasie dostał drugą szansę i tym razem nie zawiódł. Nie zapchał porów i dogłębnie nawilżył, stosowałam go natomiast tylko na noc, więc nie wiem jak sprawdza się pod makijaż.
4/5

16 - The Body Shop - masło do ciała Pomme Glacee / Kandyzowane Jabłko. Klasyk. Masła TBS działają rewelacyjnie, różnią się przede wszystkim zapachem - jabłkowy okazał się jednym z lepszych jakie poznałam, a miałam już niemal wszystkie masełka tej marki. Owowcowo-słodki aromat bardzo długo utrzymywał się na ciele, podobnie jak efekt regeneracji naskórka.
5/5

17 - Inspire / Beauty Face - Intelligent Skin Therapy serum z kolagenem. Produkt ten był tak rewelacyjny, że długo nie zagrzał miejsca w mojej łazience, bo skutecznie podbierała mi go mama. Aplikowałam dwie krople na noc i rano budziłam się z gładziutką i rozświetloną skórą. Serum dostałam w jednym z pudełek ShinyBox.
5/5

Makijaż:
























18 - Colour Alike - Marchewkowe Pole. Pierwszy lakier Colour Alike jaki kupiłam i to od niego zaczęła się moja miłość do marki. 453 to intensywna pomarańcza ze srebrnym shimmerem. Idealne krycie po 2 warstwach i szybkie schnięcie.
5/5

19 - Mariza - Pomarańczowy peeling do ust. Kolejna perełka z Shiny i kolejny kosmetyk podkradany przez mamitę mą. Soczyście pachnący i słodki w smaku peeling szybko znikał z ust pozostawiając na nich warstewkę olejku.
4,5/5

20 - L'Oreal - Volume Million Lashes Excess. Musiałam się z nim oswoić, bo na początku strasznie sklejał rzęsy, ale po podeschnięciu okazał się niezastąpiony. Więcej w RECENZJI .
4,5/5

21 - E.L.F. - balsam do ust Candy Shop. Używałam go odruchowo, bo leżał przy komputerze, w działaniu przeciętniak, ale ładnie nabłyszczał wargi tworząc baby look.
4/5

Zapachy:























22 - DV Beckham - Intimately Yours. Brana w ciemno woda toaletowa okazała się być strzałem w dziesiątkę i ideałem na jesień i zimę. Ciepły i zmysłowy kwiatowy zapach, który bardzo długo utrzymuje się na skórze.
4,5/5

23 - Puma - Time to play dezodorant. Duszący i wiercący w nosie śmierdziuch, dobrze, że dostałam go do zakupów bo bez sentymentu zużyłam go jako odświeżacz do szafy i pokoju.
2/5

24 - Givenchy - Ange ou Demon le secret elixir. Cięższa, ale równie udana wersja klasycznego AoDLS, bardzo kobieca i elegancka.
4/5

25 - Rihanna - Rogue. Prześliczna, łagodniejsza i tańsza wersja Bottegi Venety, ale równie trwała. Poluję na flakon!
5/5

Mogę powiedzieć, że jestem z siebie dumna, bo w końcu więcej kosmetyków zużyłam, niż kupiłam. Oby tak dalej.


sobota, 31 stycznia 2015

Pierwsze zakupy w 2015 r., czyli haul styczniowy

   Zaskoczyłam sama siebie (pozytywnie) zupełnie dla mnie nowym podejściem do zakupów - do połowy miesiąca, a nawet nieco dłużej nie miałam większej ochoty na gromadzenie kolejnych ilości kosmetyków. Dopiero pod koniec stycznia obudził się we mnie instynkt chomika i nadrobiłam zaległości z całego miesiąca. W lutym z pewnością się ograniczę, tymczasem pokazuję swoje nowości.


























Wyprzedaże w Sephorze, w tym sezonie jakieś cienkie, bo większości kosmetyków przecenionych w sklepie internetowym nie było lub były w cenie regularnej, przynajmniej tam gdzie ja się pojawiłam. Skończyło się tylko na zestawie żeli pod prysznic w kapsułkach i dwóch mydłach w płynie.


























Z miejsca przepraszam za fatalną jakość zdjęcia, światło nie sprzyjało, jak i sprzęt słaby. Kostka lakierów Essie z kolekcji jesień 2014.


























Produkty do włosów zamawiane podobnie jak lakiery Essie w sklepie hairstore.pl . Dwie maski do włosów, szampon i lakier.


























Inwazja żeli pod prysznic :D Trzeba było uzupełnić zapasy, a żele kupuję namiętnie i bez wyrzutów sumienia, bo zawsze się je zużyje.


























Lubię wstąpić do drogerii Jasmin ze względu na dobre zaopatrzenie w kosmetyki rosyjskich i polskich marek.


























Od dawna korciło mnie, żeby kupić ten tusz Rimmel.


























Poszłam do Rossmanna po sól do moczenia stóp, a tam mój ukochany błyszczyk L'Oreal Shine Caresse w cenie na do widzenia. Niestety zostały tylko dwie sztuki i to w tym samym kolorze - 103 Marilyn.


























Kolejne masełko The Body Shop, soczysty Grejpfrut tym razem.


Tym razem efekt wymiany - krem Iwostin oraz wycofana już woda Avonu Treselle Mistique.



















































Na koniec woskowe nowości Yankee Candle, WoodWick oraz Kringle Candle.


sobota, 13 grudnia 2014

To gdzie ten Romeo? L'Oreal Shine Caresse - 300 Juliet

   Tyle razy wspominałam, że roi się u mnie od szminek i błyszczyków, a wyjątkowo rzadko pokazuję na blogu kosmetyki do malowania ust. Zatem dziś o jednym z moich absolutnych ulubieńców, czyli szmince w płynie od L'Oreal.



























   Produkt zamknięty w eleganckim, złotym opakowaniu to połączenie zalet szminki, takich jak trwały kolor i błyszczyka - wygoda aplikacji, efekt wilgotnych ust. Aplikator ma krótką rączkę i jest wygięty, kształtem przypomina serduszko.





























   Wybrałam kolor 300 Juliet, który w opakowaniu wydawał mi się zgaszonym różem, ale na ustach wpada bardziej w karmin. Konsystencja nie jest tłusta lecz nieco wodnista, tak jakby na ustach kładła się chłodna tafla koloru. Zaraz po aplikacji ma się uczucie, że na ustach znajduje się zwykły błyszczyk, ten jednak po chwili jakby wchłania się w usta, stapia z nimi i wsiąka, dlatego lepiej od razu ładnie nałożyć go na kontur. Z początku trochę się lepi, ale po wyschnięciu wrażenie to zanika. Intensywność barwy lepsza niż w niejednym błyszczyku, jednak słabsza niż w większości szminek, idealne wyjście gdy mamy dylemat, którego z tych kosmetyków użyć :)  Co na pewno jest ogromnym atutem Shine Caresse to jego ogromna trwałość i przyznam, że tym mnie zaskoczył i ujął. Kolor zaczyna się ścierać od wewnętrznej części ust po 4 godzinach, ale potrafi dobrze wyglądać bez poprawek nawet 6 godzin, przy jedzeniu i piciu oczywiście, bo tego sobie nie ograniczam bez względu na to jaki bym miała makijaż.

   Zapach pomadki, czy może raczej lakieru do ust, jest delikatny i słabo wyczuwalny, a kolorówka marki przyzwyczaiła mnie do bardziej intensywnych woni. Nie ma to negatywnego wpływu na moje zdanie o produkcie, akurat w tym przypadku aromat jest mi obojętny, byle nie odrzucał. Bez niego także Shine Caresse stosowało by się równie przyjemnie.





   Z całą pewnością polecam ten lakier, szczególnie kiedy jest okazja kupić go w promocji, jakie oferuje nam od czasu do czasu np. Rossmann. Przy najbliższej zamierzam kupić dwa inne kolory.

niedziela, 7 września 2014

Denko sierpień 2014

   Tydzień zleciał, a moje sierpniowe denko wciąż niepodsumowane. Nadeszła w końcu pora, aby krótko opisać kosmetyki zużyte w minionym miesiącu.



























Pielęgnacja ciała:

























1 - Organic Shop - Banana Milk Shake. O tym bananowym musie pisałam Wam dokładnie TUTAJ. Bardzo przyjemny to produkt, ślicznie pachnący i dzięki ogromnemu opakowaniu megawydajny (jak również męczący ;) ). Chętnie wypróbuję pozostałe warianty.
5/5

2 - Body Resort - Atlantic Figs krem do rąk. Ten krem zwrócił moją uwagę zarówno kolorem tuby, jak i zapachem figi, który uwielbiam. Wbrew sceptycznemu podejściu do jego działania, zostałam mile zaskoczona, ponieważ krem bardzo dobrze i na długo nawilżał dłonie, nie pozostawiając na nich tłustej warstwy. Zapach - obłęd!
5/5

3 - Luksja - Revive Pomelo & Kiwi. Żele pod prysznic Luksji błyskawicznie podbiły moje serducho, zarówno te w białych butelkach z dodatkiem olejków, jak i letnie Lush i Revive. Ten wariant pachnie głównie owocem kiwi, ale czuje w nim też mandarynkę, jest świeży i rześki, doskonale poprawia nastrój o poranku, do tego nie wysusza skóry i jest wydajny.
5/5

4 - Perfecta Spa - Pina Colada cukrowy peeling do ciała. Po szczegółowe informacje odsyłam do RECENZJI. Peeling dobrze ściera i ślicznie pachnie, natomiast jego tłusta postać może irytować. Lubię go i tak znacznie bardziej niż Lody Melba z tej serii.
3,5/5


Twarz:

























5 - L'Oreal - Ideal Fresh. Orzeźwiający tonik oczyszczający kupiłam bez czytania składu oczekując po kolorze opakowania i po samej nazwie, że będzie to doskonały odświeżający produkt na lato. W domu rzuciłam okiem na skład, a tam na początku... alkohol :/ Na pocieszenie dostajemy informacje, że nie zawiera parabenów. O dziwo tonik nie wysuszył mi cery na wiór, nawet bardzo nie ściągał skóry i pięknie pachniał morsko - owocowymi nutami. Podoba mi się jego opakowanie, nowoczesne i proste.
3/5

6 - Avon - ANew Clinical A-F 33. Tak się zarzekałam, że nie kupię kremu do twarzy z Avonu, a tu skusiła mnie spora promocja. Kremik w małym 30 mililitrowym opakowaniu zawiera (staram się wierzyć na słowo) odmładzającą molekułę Amino-Fill 33, dzięki której nasze zmarszczki zostaną wygładzone. Zmarszczek nie mam za wiele, aczkolwiek te mimiczne ku mojemu zmartwieniu już się pojawiły i krem Avonu nie zmienił ich w niebyt, jednak zaskakująco dobrze nawilżał skórę, nie zapychał i doskonale sprawdzał się pod makijaż.
4/5

7 - Max Factor - 2000 Calorie. Kultowy już tusz, niegdyś mój ulubiony i to kolejne opakowanie, które zużyłam. W międzyczasie trochę podrosłam i zmieniły się moje oczekiwania, teraz wolę bardziej teatralny efekt. 2000 Calorie daje naturalny efekt sprawdzający się na codzień w pracy, na większe wyjścia wybieram coś innego, co nie zmienia faktu, że to bardzo dobry tusz pogrubiający z idealną szczoteczką. Nie skleja!
4,5/5


Włosy:


























8 - Wella ProSeries - szampon Frizz Control. Kilka razy już pisałam o tym jak bardzo lubię szampony Wella. Nie mogę przeboleć, że mój ulubiony nawilżający został wycofany i pocieszam się innymi wariantami. Tym razem  był to wygładzający niesforne kosmki Frizz Control i znów jestem w pełni zadowolona. Szampon nie obciąża włosów, wygładza je za to i czyni miękkimi. W zapasie mam już wariant do kolorów, bo w tym tygodniu po 2 latach przerwy znów farbuję.

9 - Oriflame - odżywka Nature Secrets Almond Oil & Strawberry. Przeciętniak wśród odżywek, jednak lepsza od pozostałych z Oriflame, które miałam. Włosy po jej użyciu stają się miękkie i nabierają lekkości, nie są jednak dobrze nawilżone, szczególnie widać to na końcówkach. Pokochałam jej słodki truskawkowy zapach, szkoda, że nie utrzymuje się on dłużej na włosach.
3/5

10 - Pantene - Intensywna Maska Nawilżająca Odnowa Nawilżenia. Bez rewelacji. W 2 minuty miała spektakularnie nawilżać i nadawać miękkość włosom, nawet tym najbardziej suchym, a działa jak najzwyklejsza odżywka i ma paskudny chemiczny zapach. Do plusów zaliczę wygodne opakowanie (fajna klapka) i brak "efektu strąków".
3/5

Znacie te kosmetyki? Jakie są Wasze opinie na ich temat?

niedziela, 11 maja 2014

Polowanie w Rossmannie cz. II - usta i paznokcie

   Właśnie kończy się ostatni tydzień promocji -49% w Rossmannie. Zakupy z pierwszego, "twarzowego", tygodnia pokazywałam Wam TUTAJ. Drugi tydzień związany z makijażem oczu odpuściłam sobie widząc, że trzeciego tygodnia trochę wydam. Ostatecznie bardzo się ograniczyłam, chcąc uniknąć przypadkowych zakupów zrobiłam sobie w domu listę i jej się trzymałam. Jedynie lakiery wylądowały w koszyku "przy okazji".






Do ust:
- L'Oreal Shine Caresse w odcieniu 300 Juliet, zobaczyłam go na jakimś blogu i wiedziałam, że muszę go mieć. Okazał się najbardziej trafionym zakupem, po prostu REWELACJA!
- Rimmel Moisture Renew w kolorze 310 As You Want Victoria, pomadka również podpatrzona na blogu, urocza malina, na moich ustach rozmazuje się jednak i ciężko mi utrzymać ją w konturze. Pięknie pachnie.
- Maybelline Color Whisper, kolor 210 Oh La Lilac. Fajny, chłodny pastel.

Lakiery:
- Manhattan Lotus Effect, 45P. Strzał w 10! Lakier kryje po pierwszej warstwie, szybko schnie i jest bardzo trwały.
- Miss Sporty Oh my Gem!, 3333. Sama nie wiem dlaczego go kupiłam, bo średnio mi się podoba. Jutro użyje po raz pierwszy, może na paznokciach wyda mi się ładniejszy niż w buteleczce.





Udały się Wam zakupy ostatniego tygodnia promocji?

wtorek, 11 marca 2014

Ekspansja gęstości - szampon i odżywka Elseve

   Jedną z moich największych bolączek są cienkie, niezbyt gęste włosy. Jeszcze żaden ze specyfików, którego użycie obiecywało bujną fryzurę nie spełnił moich oczekiwań. Doskonale wiem, że nie powinnam się spodziewać cudów po szamponach i odżywkach lecz ten zestaw zdecydowanie polubiłam i zużywam już kolejne opakowania.



   Linia L'Oreal Elseve Fibralogy / Ekspansja Gęstości przeznaczona jest do włosów właśnie takich jak moje, czyli pozbawionych gęstości. W produktach wykorzystano innowacyjną cząsteczkę Filloxane, która wnika we włosy i rozprzestrzenia się wewnątrz włókien. Obietnice:
- wyczuwalnie zwiększona grubość włosa
- długotrwały efekt dodanej struktury
- zachwycająca gęstość




   Szampon ma zapach zbliżony do innych z Elseve, delikatny, lekko kwiatowy, bardzo dobrze się pieni i spłukuje. W czasie kilku pierwszych użyć od razu odniosłam wrażenie, że włosów jest więcej, jeszcze mokre w czasie spłukiwania jakby "puchły" i większa ich ilość (czy raczej objętość) wypełniała dłoń. Po wysuszeniu również sprawiały wrażenie grubszych. Po paru tygodniach przestałam zauważać taki efekt, pewnie dlatego, że się do niego przyzwyczaiłam. Włosy nie są podniesione u nasady, a szkoda, ale robią się jakby bardziej bujne. Po użyciu szamponu skóra głowy nie swędzi, nie pojawił się też łupież. Kosmetyk nie wysusza i nie robi na głowie "siana". Fryzura wygląda świeżo na drugi dzień po umyciu (włosy myję zawsze wieczorem), następnego dnia jest nieco gorzej, ale nie tragicznie. Osoby myjące włosy co drugi dzień raczej nie będą miały problemu z efektem przetłuszczenia. Jedyny minus wg mnie to fakt, że szampon nie daje blasku i włosy robią się lekko matowe. Poza tym polecam go gorąco, bo naprawdę działa. 




   Jeśli chodzi o odżywkę, to nie zauważyłam jakiegoś efektu "wow". Ot, zwykły produkt tego typu, wygładza i dyscyplinuje włosy, które stają się miękkie i dobrze się rozczesują. Szampon w połączeniu z inną odżywką dawałby taki sam efekt, nie widzę, żeby dodatkowo przybywało gęstości po jej użyciu, co nie zmienia faktu, że lubię używać kompletu Fibralogy. Być może z dodatkiem aktywatora efekt byłby bardziej spektakularny, tego jednak jeszcze nie zakupiłam.

Dla zainteresowanych skład odżywki:


   Podsumowując: jak do tej pory to mój ulubiony duet do pielęgnacji włosów, bo tylko po jego użyciu widzę i czuję, że coś uzupełnia braki we włosach i czyni ich strukturę bardziej gęstą. Oczywiście jeśli ktoś liczy, że nagle będzie miał lwią grzywę to raczej musi dopiąć sztuczne pasma. Dla osób oczekujących naturalnego efektu ta gama powinna być ok.


sobota, 1 marca 2014

Zakupy w lutym

   Lecę do Was z pierwszym haul'em, będzie chwalipięcko, a co ;P

Zakupy katalogowe, czyli bzdetki z Avonu i Oriflame:


Efekt pierwszej wizyty w Hebe:

maseczka w podwójnej saszetce jest z Douglasa

zestaw Dove upolowany na przecenie w Tesco za 19,99 zł:



   Pamiętacie post o nowych modelach bielizny Kinga? To TEN :) Wzięłam udział w konkursie z okazji 20-lecia istnienia firmy, zajęłam III miejsce i wygrałam dowolnie wybrany komplet! Tak oto moja szuflada ma nowego lokatora - zestaw Royal :D


Kupiłyście w lutym coś ciekawego? A może trafił Wam się jakiś Bubel Miesiąca?


środa, 12 lutego 2014

With EYES wide open... L'Oreal - Volume Million Lashes Excess

   Tym razem będzie więcej zdjęć niż pisaniny. Bierzemy na tapetę tusz do rzęs L'Oreal Volume Million Lashes Excess. 


























   Długo nie mogłam zdecydować się jaki tusz wybrać na następcę lorealowego Lash Architect 4D, skusiło mnie czerwono - złote opakowanie. Tusz ma gumową szczoteczkę oraz innowacyjny (podobno) system zamknięcia ze zwężonym fragmentem "szyjki", dzięki któremu nadmiar kosmetyku zostaje w opakowaniu, a nie na szczoteczce. Pojemność 9 ml.

Oto szczota:





   
   Pierwsze, na co zwróciłam uwagę to... zapach maskary. Nie jestem zbyt dobrze nastawiona do zapachowych malowideł do oczu, boję się, że coś tak intensywnie pachnącego podrażni moje spojówki. Kocham zapachy, lecz nie na odcinku od nasady nosa do czoła ;) Z pachnącym tuszem spotkałam się już wcześniej, kiedy używałam Lancome Hypnose Doll Eyes. Na szczęście moje obawy wtedy, jak i teraz okazały się zupełnie niepotrzebne. Tusz nie uczula, nie podrażnia, zapach czuć delikatnie po zastosowaniu, ale po jakimś czasie zanika.

   Nauczyłam się już, że tuszom z L'Oreal należy okazać cierpliwość i pozwolić im podeschnąć, aby ukazały cały swój urok i właściwości. Pierwsze podejścia do świeżego kosmetyku omal mnie do niego nie zraziły na amen. Rzęsy kleiły się na potęgę, pokryte gęstą mazią przypominały 5 grubych rzęs, zamiast wachlarza pięknie wyczesanych włosków. Pomocna okazała się szczoteczka po tuszu Chanel, którą wyczesywałam grudki i zdejmowałam powstałe na końcówkach "owadzie nóżki". Po upływie ok. 3-4 tygodni maskara spisywała się coraz lepiej, przestała zlepiać włoski. To samo było z Lash Architectem. Warto było poczekać, bo efekt jest wart poświęconego czasu i nerwów. Tusz doskonale otwiera oko (widać to na zdjęciach z porównaniem oka bez i z tuszem), nie rozmazuje się w ciągu dnia, nie osypuje i nie odbija na górnej powiece ( zawsze mam z tym problem przez to, że mam dość długie rzęsy). Dla przykładu: wszystkie tusze Maybelline zostawiają mi po kilku godzinach ślady pod linią brwi. 

   Efekt: Rzęsy rozdzielone i dłuuugie, tusz bardziej je wydłuża niż pogrubia. Posiadam go w wersji czarnej, nie jest to głęboka, smolista czerń, raczej ta popularna z szarawym odcieniem.

Po lewej stronie (moje prawe oko) Volume Million Lashes Excess, lewe oko saute, na każdym zdjęciu jedna warstwa tuszu:



Tutaj na jednym i drugim oku, bez dodatkowego make-up'u:



Z makijażem:


Z boku:



niedziela, 2 lutego 2014

Denko styczeń 2014

    Przyszła pora podsumować kosmetyki wykończone w pierwszym miesiącu tego roku. Większość skończyła żywot w sposób naturalny, dwa zginęły śmiercią tragiczną w wyniku upadku na łazienkowe kafelki.




Ciało & twarz:


1 - Luksja - Care Pro Enrich: kremowe mleczko pod prysznic. Mleczko do mycia ciała połączone ze składnikami balsamu do ciała z odżywczym olejem sezamowym. Produkt ma idealną, kremową konsystencję, kolor biały z fioletowym, perłowym połyskiem, bardzo dobrze się pieni. Zawartość balsamu to pewnie chwyt reklamowy, choć mleczko faktycznie nie wysusza skóry. Uwielbiam jego odprężający, mleczno - sezamowy zapach, nie jest słodki jak sezamki do jedzenia, ale lekko gorzkawy jak suche ziarna. Zamknięty jest w półlitrowej butli. Byłam z niego na tyle zadowolona, że chętnie wypróbuję inne warianty, głównie ten z pestkami dyni.
5/5

2 - Avon - Senses Dazzling żel pod prysznic. Bardzo lubię żele Senses z Avonu. Żel o tym zapachu pojawia się w katalogach co roku przed Bożym Narodzeniem. To jeden z moich ulubionych. Zapach kojarzy mi się z grzanym winem, przyprawy i owoce (wg producenta ta kompozycja to mieszanka ambry i tuberozy, czyli całkiem coś innego niż ja czuję), jest idealny zimą. Działanie bez zarzutu, choć skóra jest odrobinę ściągnięta i prosi o balsam.
5/5

3 - Oriflame - Optimals Oxygen Boost maseczka dotleniająco nawilżająca. Ten produkt wyleczył mnie z kupowania maseczek w Oriflame. Jej aktywnym składnikiem jest brązowa alga. Nie wiem czy działa, po aplikacji czuję taki płomień na twarzy, że muszę natychmiast zmyć to dziadostwo. Jeszcze nic mnie tak nie uczuliło.
1/5

4 - Krem do rąk niewiadomej firmy kupiony w Douglasie. Poleciałam na opakowanie z reniferami i obietnicę piżmowego zapachu. Zapach okazał się niewypałem, jakieś słabe cytrusy, piżma zero. Krem całkiem dobrze nawilżał dłonie, nie pozostawiając tłustej warstwy. Dziurka w tubie jest za duża, przez co niezbyt gęsty krem wypływał w zbyt dużej ilości, ale po pewnym czasie można się przyzwyczaić. Wyprodukowany w Republice Chińskiej :/
3/5

5 - Rexona Aloe Vera Fresh - antyperspirant w sztyfcie. Rexonę chyba wszyscy znają. Dobry kosmetyk w przyzwoitej cenie. Działanie niezłe, choć znam skuteczniejsze produkty tego typu (Garnier Action Control chociażby). Ciężko mi powiedzieć, czy działa 48h jak pisze na opakowaniu, bo nie wytrzymam tyle bez kąpieli :) Zapach świeży i delikatny.
4,5/5

Włosy:


6 - L'Oreal Elseve Volume Collagene - spray ułatwiający rozczesywanie. Produkt przeznaczony jest do włosów cienkich i pozbawionych objętości, czyli do takich jak moje. Nie zauważyłam żeby choć trochę podnosił mi włosy, za to lekko je usztywniał i kiedy suszyłam je głową na dół jakiś tam efekt większej puszystości był, szkoda, że tak krótko. Nie powodował żadnego obciążenia ani lepkości włosów. Właściwie to nie robił nic.
3/5

7 - Timotei Moc i Blask - odżywka do włosów. Odżywka na bazie alpejskich ziół, zawiera ekstrakt z jerychońskiej róży, bez parabenów i barwników. Włosy faktycznie pięknie po niej błyszczały, były lekkie i sypkie, dobrze się układały. Odżywka mogłaby trochę lepiej nawilżać. Świeży, bardziej kwiatowy niż ziołowy zapach długo się utrzymuje.
4/5

8 - Marion - maseczka do włosów z octem z malin. Maseczka nie zawiera SLS, SLES ani parabenów, posiada za to bardzo dużo owocowych ekstraktów, nie tylko z malin. Niby ma wzmacniać, ale po 2 użyciach, bo na tyle wystarcza saszetka, ciężko zaobserwować taki efekt. Na żadne cuda nie liczyłam, ale myślałam, że będzie lepsza. Słabo nawilża i odżywia, włosy były po niej sianowate. Zapach chemiczny, malin nie czuć, jednak ujdzie. Plus za praktycznie zamykane koreczkiem opakowanie, dzięki czemu porcja pozostała na drugą aplikację nie wysycha i nie wylewa się. Nie chcę jej skreślać, może gdyby dłużej ją stosować efekty byłyby zauważalne.
2/5

Makijaż & miniatury:


9 - Sephora  - Light Veil Foundation. Lekki podkład matujący w postaci musu, mój kolor to 30 medium / sand. Kupiłam go na lato, kiedy moja twarz była opalona, teraz był już za ciemny. Podkład daje średnie krycie, nie tworzy maski, ale trzeba go dobrze rozprowadzić ponieważ jest gęsty i może zostawiać smugi. Niekomedogenny, dobrze, choć krótko matuje. Bezzapachowy. Nie polecam do bardzo suchej skóry, może dodatkowo ją przesuszyć. Mi odpowiadał, ale do niego raczej nie wrócę.
3,5/5

10 - Max Factor - potrójny cień do powiek 08 Precious Metals. Jak wskazuje nazwa - maj preszysssss. Mało się nie rozpłakałam kiedy po upadku na kafelki rozkruszył się w drobny mak. Był moim ulubionym cieniem, doskonały do smokey eyes i do dziennego makijażu. Składał się z 3 kolorów: bieli do rozświetlania, lekko opalizującej szarości oraz matowej czerni. Trwały, nie osypywał się, dobrze napigmentowany.
5/5

11 - Astor - Perfect Blush 006 Flamenco Glow. Kolejna ofiara wypadku w łazience. Potrójny róż (jasny opalizujący beż, którego używałam jako rozświetlacza, jasny słoneczny brąz - typowy bronzer i matowy ceglasto-brązowy róż, dla mnie za ciemny i jego nie używałam). Ładnie rozświetlał, drobinki miał maleńkie i nie zostawiał efektu nachalnego blasku brokatu.
4/5

12 - Narciso Rodriguez - Essence eau de musc. Miniaturka wody toaletowej. Świeży, piżmowy zapach, trwały.
4/5

13 - Clarins - Toning Lotion. Rumiankowy tonik bez alkoholu. Ładny, kwiatowy zapach. Tonik odświeżał skórę zostawiając na niej uczucie lekkiego ochłodzenia. Przeznaczony jest do skóry normalnej i suchej, bardzo dobrze nawilża. Gdyby nie cena z pewnością kupiłabym pełnowymiarowe opakowanie, nie dam jednak za tonik więcej jak 35 zł.
5/5

Macie któryś z tych produktów? Jakie są Wasze wrażenia?